Polska fantastyka w ciągu ostatnich 40 lat przeszła interesującą drogę, którą można by rozpisać sinusoidalnie: z taniej rozrywki stała się zaangażowaną, ambitną literaturą, tylko po to by znowu wejść w koleiny rozrywkę z których wyrywa ją… wojna ideologiczna.

            Ten kto nie zna krajowej literatury fantastycznej mógłby być zaskoczony jak wiele znanych nazwisk polityków, publicystów, dziennikarzy czy uczonych właśnie od niej zaczynało swoje kariery. Wszystko to, jak to w Polsce, swe korzenie ma w PRL. Paradoksalnie to właśnie okres „komuny” i cenzorskiego zamordyzmu przyczynił się do największej eksplozji polskiej twórczości od czasów zaborów.

            Zajdel i inni

            Mamy oto lata 80-te XX wieku. Polska, po krótkim karnawale Solidarności stała się państwem, któremu Stan Wojenny złamał kark. Roi się cenzura, bieda i szarzyzna są powszechne i przełamane zostaną dopiero kolorytem lat 90-tych. Represje wobec opozycjonistów są największe od czasów stalinowskich. Ważne postacie giną z rąk „nieznanych sprawców”. Mówiąc językiem znanej swego czasu gry – „Chłodno, głodno…” resztę sobie dopiszcie.

            Studia kończy nowe, młode pokolenie. Jego starsi koledzy, często potomkowie przedwojennych, patriotycznych, niejednokrotnie AKowskich czy NSZowskich już pracuje, zwykle będąc specjalistami od nauk ścisłych. Ale piszą opowieści, praktycznie zawsze do szuflady.

            W sercach swych są bowiem humanistami, jednak rodzice, by uniknęli nasiąkania propagandą marksistowską, sugerują im kierunki ścisłe. „Czerwony matematyki nie zrozumie” – mówi podobno Januszowi Zajdlowi jego ojciec, były AKowiec. Zajdel stanie się wkrótce ojcem-założycielem polskiej fantastyki jako takiej. To właśnie on (nie Lem!) będzie inspirował młodych ludzi do tego by pod płaszczem przygody i fantastyki wojować z systemem.

            A system zdycha, jednak – jak wilk, któremu nagonka odcięła drogi ucieczki – będzie walczył do końca. I walczy. Represje są coraz gorsze, cenzura, coraz większa. „Dziennik Telewizyjny” prowadzi relacje w mundurach. Jest chłodno, głodno… zresztą już o tym pisałem.

            Młodzi ludzie buntują się. Oczytani na klasycznej, polskiej literaturze spod znaku doskonałych warsztatowo Prusa, Sienkiewicza czy Reymonta i zarazem zafascynowani przemycanymi z Zachodu paperbackami o statkach kosmicznych i obcych planetach zaczynają tworzyć własną fantastykę. Jednak ich literatura nie jest czysto przygodowa. Kosmos? Tak, ale będący alegorią PRL. Na obcych planetach nie kwitnie nauka i poszanowanie innowacji, lecz ugruntowują się zamordystyczne systemy, propaganda i przemoc. Polska Science Fiction (a i fantasy, ale do niej dojdziemy) jest mroczniejsza i głębsza od tej pisanej na zachodzie. Staje się formą walki z komuną. Ale walkę trzeba gdzieś przecież toczyć.

            W grupie znajomych powstaje inicjatywa założenia czasopisma fantastycznego. Łamy chętnego do przyjmowania fantastyki „Młodego Technika” są za ciasne, inne, reżimowe magazyny dla młodzieży przyjmą fantastykę chętnie – ale propagandową. Taką w której, jak wspomina Sapkowski, astronauci wiozą komunizm na obcą planetę albo komunizm na obcej planecie odkrywają.

            Rodzi się idea pisma pod prostą nazwą „Fantastyka”.

            Władza, otrzymawszy oficjalne zgłoszenie nowego tytułu prasowego patrzy na niego… przychylnie! Świadoma, że fantastyka tam publikowana będzie antysystemowa, pozwala na taki wentyl bezpieczeństwa. Lepsze to niż kolejne strajki. „Niech się młodzież bawi w działalność antykomunistyczną” drwi jeden z towarzyszy.

            Ale władza musi mieć władzę. Redakcja nie może sobie sama wybrać naczelnego – tym zostaje Adam Hollanek, uznany – niesłusznie – za kolejnego aparatczyka. Realnie zaś kształt pismu nadają późniejsi tytani – Maciej Parowski, Marek Oramus, Lech Jęczmyk, wielu innych. Hollanek nie tylko pozwala im na swobodę ale sam zachęca do własnych, niekoniecznie zgodnych z linią partii poszukiwań.

            „Fantastyka” czyni furorę! Okazuje się, że dziesiątki młodych Polaków chce pisać i wydawać w tym gatunku. Ale nie tylko młodych. Humaniści, dotąd tłamszeni na swych uczelniach i ośrodkach mogą pod płaszczem Science fiction publikować rozprawy ekonomiczne, filozoficzne, socjologiczne… rodzi się nurt tzw. Fantastyki socjologicznej, której najbardziej prominentnym twórcą będzie wspomniany już Zajdel.

            Ale nie tylko on. Pisze młodziutki Rafał Ziemkiewicz, pisze równie młodziutki Jarosław Grzędowicz, pisze starszy Lech Jęczmyk i Marek Oramus. Swoją rozprawę, w formie powieści fantastycznej, publikuje gnębiony na uniwerku Edmund Wnuk-Lipiński. Pisze ciekawą, psychologiczną fantastykę obecny guru polskiej psychiatrii Maciej Żerdziński. Feliks W. Kres też pisze, tylko, że fantasy – także analizując ważne problemy społeczne. Debiutuje jako nastolatek Jacek Dukaj, od razu zyskując rangę demiurga i geniusza. Zasłużenie. Wreszcie, pod koniec lat 80-tych, w konkursie fantastyki trzecie miejsce zajmuje niejaki Andrzej Sapkowski.

            Polska fantastyka jest czytana i staje się potęgą.

            A potem skończył się w Polsce komunizm.

            Boom i zwrot

            Lata 90-te to czas strasznej biedy, gdy nowa, rzekomo kapitalistyczna rzeczywistość (a w istocie neofeudalne podrygi postkomunizmu) okazuje się dla Polaków zawodem. Bieda aż piszczy, ale literatura fantastyczna ma się dobrze.

            W czasie komuny „Fantastyka” a teraz, po krótkiej przerwie – „Nowa Fantastyka”, wykształciła bowiem sobie liczną grupę wiernych odbiorców, którzy czytają ją i kupują książki fantastyczne, nawet odmawiając sobie finansów na inne potrzeby. Ten stan, ten komplementarny charakter rynku fantastycznego funkcjonuje w Polsce do dziś, choć sam segment nie jest już tak popularny jak był wtedy, a ton nadają autorzy zachodni.

            Wtedy jednak „czyta się” to co polskie. Wraca Ziemkiewicz, który teraz – buntując się przeciw Parowskiemu – przewiduje przyszłość. Jego fantastyka trafnie przewiduje uwiąd Europy Zachodniej, triumf Islamu, kryzys migracyjny czy nawet wojnę na Ukrainie. Dukaj też obrasta w skrzydła – jego literatura także jest prorocza lecz w segmencie socjologii, kultury, zachowań społecznych. Sapkowski staje się ojcem polskiej fantasy, realnie wycinając z tego poletka innych twórców na długie, długie lata. Pisze nadal Kres, który swoją sagę – Księgę Całości – urwie niespodziewanie w 2010 roku (i wznowi – tu informacja z ostatniej chwili – podobno w roku 2021!). Jęczmyk, Oramus, Wnuk-Lipiński przechodzą do publicystyki. Ich felietony z cykli Piąte Piwo czy Nowe Średniowiecze często „sprzedają” nakład każdego numeru NF samą swą obecnością.

            Skoro jest tak dobrze, to nie może to trwać za długo, prawda?

            No i nie trwa.

            Inwazja z zachodu

            Pod koniec lat 90-tych dojrzewa nowy czytelnik. Polska jest w NATO, dojrzewa do wejścia w struktury Unii Europejskiej. Nasz kraj, dotąd będący kolejnym postkomunistycznym bieda-państwem między Niemcami a Rosją, staje się „Zachodem”. Młodzi Polacy nie chcą mieć kompleksu post-sowieckiej kolonii, chcą czuć się Europejczykami, oglądać i czytać po europejsku.

            W międzyczasie sama fantastyka coraz mniej odczuwa potrzebę wojowania ze światem. Wchodzą nowi autorzy, coraz bardziej skłonni dać czytelnikom po prostu rozrywkę, miast głębokich rozważań. To dobry objaw, świadczący o zdrowieniu społeczeństwa i odbiorcy, jednak dla wielu – to zdrada! Fantastyka miała być literaturą ambitną – skręt w stronę rozrywki i „komerchy” jest nie do wybaczenia.

            A czytelnik i tak głosuje portfelem.

            Lepiej jednak w rozrywce radzą sobie wtedy autorzy zagraniczni, zwłaszcza, że nim Polacy zrzucili zbroje ambicji, tamtych wydawano już na pęczki. Dominują proste historyjki. Proste ale napisane z rzemieślniczą sprawnością i mające solidne budżety reklamowe. Polska fantastyka przestaje być twórczością zaangażowaną, staje się takoż – rozrywkowa.

            Mimo to polscy autorzy z kolegami zza granicy nie mają szans. Nakłady tych drugich są większe, podobnie sprzedaż. Dla polskiego pisarza konkurencją nie jest inny polski pisarz, tylko kolega z zachodu. Autorzy, poza nielicznymi wyjątkami (dla których także Eldorado wkrótce się zakończy) nie mogą już żyć z pisania. Porzucają literaturę, angażując w pracę zawodową. Milknie Żerdziński, milknie na lata Kołodziejczak, Grzędowicz wtedy częściej redaguje niż sam pisze (przełom nastąpi wraz z powstaniem wydawnictwa Fabryka Słów, które dało szansę ryzykownym projektom autora – horrorowym i fantastycznemu „Panu Lodowego Ogrodu”), Ziemkiewicz przechodzi do publicystyki politycznej, Dukaj pisze, ale hermetyczne prace czytane przez wąską grupę znawców. Sapkowski także milknie na jakiś czas, żyjąc niezgorzej dzięki rosyjskim wydaniom „wiedźminów”. Jego Trylogia Husycka, choć sprzedaje się nieźle, literacko jest średnio udana. Kolejny projekt, „Żmija” ostro krytykowana (niesłusznie – książka jest arcydziełem, być może najlepszym jakie wyszło spod pióra Sapkowskiego) sprzedaje się kiepsko i nigdy nie zostanie wznowiona. Sapkowski milknie na niemal dekadę.

            Natura nie znosi próżni. W miejsce dawnych, polskich mistrzów wchodzą autorzy zagraniczni. Literatura zrzuca gorset ambicji na rzecz luźnych szat rozrywki. Nie staje się przez to gorsza ale uznać należy zakończenie pewnego etapu.

            A potem wybucha wojna.

            Wojna polsko-polska pod flagą tęczową

            Łatwo byłoby mi tutaj po prostu opisać tzw. Komuda-gate, ale byłoby to zbyt proste, banalne i niesprawiedliwe wobec ciągu wydarzeń który doprowadził do obecnego stanu. Obecnie, jak sądzę, następuje zwrot ku fantastyce ponownie zaangażowanej, jednak na skrystalizowanie się nowej sytuacji to kwestia lat. Ja tylko pozwalam sobie tutaj postawić swoje przewidywanie.

            By potem mówić – a nie mówiłem, rozumiecie?

            Najpierw jednak pewne wyjaśnienie.

            Często mówi się (zwłaszcza w kręgach twórców o poglądach lewicowych), iż polska fantastyka lat 80-tych i 90-tych była „prawicowa”. To tylko częściowo trafne spostrzeżenie.

            Fantastyka wtedy przekazywała treści konserwatywne z prostego powodu – funkcjonowała w opresyjnym, komunistycznym reżimie. Tym samym nawet twórcy o wrażliwości lewicowej pisali, pozwólcie, że uproszczę, jak prawica. Trudno było bowiem krytykować gnijący reżim z pozycji lewicowych. Taka krytyka miała miejsce potem, gdy w latach 90-tych otwarła się droga do krytyki Kościoła czy prawicowych polityków, jednak nawet i wtedy szkody wyrządzone przez system komunistyczny były na tyle wielkie, iż tego typu literatura nie spotykała się z dużym zainteresowaniem widowni. Polski czytelnik zbyt dobrze pamiętał siermięgę komuny by porywały go nowe, czerwone utopie.

            Kolejnym argumentem przeciwko jednoznacznemu stawianiu tezy o „prawicowej” fantastyce niech będzie fakt, że twórcy tacy jak Piotr Gociek, Janusz Mikke (tak, tak, chodzi o Korwina!) czy… Roman Giertych (piszący pod pseudonimem) kariery w fantastyce, mimo reprezentowania wyraźnie prawicowych poglądów, nie zrobili. Z kolei tacy twórcy jak Sapkowski, Kres, Szmidt i wielu innych – owszem.

            Oczywiście można uznać Sapkowskiego, Kresa czy Szmidta za „prawaków” ale liczę jednak na to, że rozmawiamy poważnie.

            Przełom w tej materii znowu przyszedł z zachodu. Jak wiemy ostatnie lata w USA i UE to okres wzmożonej walki ideologicznej, w której zwycięstwa przypadają lewicy. Polska, jako kraj „zapóźniony” pod tym względem dobrodziejstwa wojny ideologicznej miał dopiero poznać. Niestety dotarła ona do nas jako farsa.

            Trudno bowiem traktować poważnie konflikt w którym obie strony okopały się na nie swoich pozycjach. Jak to bywa w naszym kraju tak prawica jak i lewica zamiast zidentyfikować rdzennie polskie problemy i zaproponować dla nich indywidualne kulturowo i społecznie rozwiązania po prostu przekopiowała hasła i problemy zachodnie (niekoniecznie u nas występujące) i rozpoczęła o nie bój.

            Wojna rozgorzała niestety nie w literaturze, lecz mediach społecznościowych i kto zna sprawę ten wie, że zarówno Komuda-gate jak i inne, mniej głośne afery, wybuchały i gasły właśnie tam, nie wpływając na twórczość zaangażowanych stron (tak po prawdzie najbardziej zaangażowani w internetowe boje pisarze to zarazem ci, którzy nowe książki publikują najrzadziej, ot zagadka!). Samej afery z opowiadaniem Jacka Komudy nie chcę tu streszczać, ufając, że czytelnik sięgający po ten tekst sprawę zna.

            A jeśli jej nie zna, to, doprawdy, nie będę go ogłupiał opisem – bilet do cyrku wyjdzie Państwu taniej.

            Chodzi tu bardziej o stan polskiej fantastyki Anno Domini 2020. I stan ten, jeśli chodzi o poglądy twórców, zdradza nie lada pluralizm.

            Z sukcesami publikują twórcy o wrażliwości lewicowej. Szmidt, Hałas, Ćwiek, Jadowska są markami w świecie fantastyki. Prawica także nie może narzekać.

            Wrócił przed kilkoma laty Kołodziejczak, nadal pisze Piekara, który – mimo twitterowych bojów – znajduje czas na swój popularny, inkwizytorski cykl. Gigantycznym sukcesem okazał się „Pan Lodowego Ogrodu”, który przyniósł Grzędowiczowi tak triumf rynkowy jak i artystyczny. Sam „Pan…” i późniejszy „Hel 3” są zresztą chyba ostatnim tchem dawnej fantastyki socjologicznej.

            Mimo to nadal polska fantastyka nie jest ideologiczna. Ten konflikt przeniósł się, jak wspominałem, do sieci, aczkolwiek liczę na to, iż z czasem temperatura sporu przeniknie i do samych dzieł.

            Oczywiście pod kilkoma warunkami. Sprawa tekstu Komudy pokazała jak silne są zapędy cenzorskie w wielu środowiskach. To jednak, nieformalna cenzura, mogłoby pobudzić intelektualnie wielu twórców. Nic nie wpływa tak pozytywnie na rozwój myśli jak owej myśli blokowanie, i w mojej ocenie bicz w takiej postaci może doprowadzić do potężnego boomu w naszej fantastyce. A ten, w połączeniu ze świeżą krwią młodych autorów, może sprawić, iż polska fantastyka przestanie być tak hermetyczna jak była do tej pory. Warto sobie tego życzyć.

            Autorem tekstu jest Arkady Saulski.